Słońce pali strach.
Kolejny raz stoję przed Tobą naga, pozbawiona nadziei i złudzeń. Milczę jeszcze raz.
Straciłam wiarę w ludzi. 'Ludzi, czy osoby?' Dlaczego odchodzą? Dlaczego pozostawił mnie samą, całą pustą, z tęsknotą za paznokciami, ze snami pod poduszką, z niczym więcej?
Chciałabym kiedyś móc spojrzeć w swoją twarz bez lęku, że zobaczę w niej ból, nienawiść lub, co gorsza, miłość. Może trochę się boję. Może boję się bardzo.
Biję w piersi.
Rozłożyłeś skrzydła miłości i pytałeś, czy ufam. Mówiłam: 'tak, nawet jeśli to naiwne'. A teraz tak po prostu... Nawet nie próbujesz się tłumaczyć. Otworzyłam Ci bramę nadziei, zbudowałam wieżę aż do nieba. Masz. Chciałeś tego. Wiem. Udawajmy dalej, że wszystko jest w porządku. Tak dużo łatwiej, kochanie.
Od pierwszego do dziesiątego maja będę znikać. Znikać całą sobą, całą duszą, całym sercem. Od pierwszego do dziesiątego maja. Nie jestem w stanie nic zjeść. To zabawne. Nawet ironii nie wyczuwasz we mnie. Myślałam, że jesteś... piękny. Myliłam się. Nie tak miało być.
Maj. Jest jak złudzenie. Jakbyśmy mieli zapaść się w nicość. Oboje.
.153/52/22.2/000/1-10V2010/000.